Rankiem,perełki światła,bezgłośnie zaczynają się wznosić ku niebu, aż w końcu roztrzaskują się czyniąc krajobraz cieplejszym i pełnym blasku. Otwieram powieki,strzepuję resztki snu i przewracam się na bok. Jesteś. Przywędrowałeś znów bladym świtem szukając słońca za oknem,które jeszcze nie zdążyło się przebudzić. Ułożyłeś się na brzuchu i zamknąłeś oczy. Było ci dobrze. Resztką pościeli okryłeś sobie nóżki i chciałeś odejść w sen. Zanim cię obudził dzień,jeszcze oczami wyobraźni widziałeś jak nocą biały puch gęstnieje na zielonej trawie. Wówczas jeszcze nie wiedziałeś,że nic takiego się nie wydarzyło. Noc była spokojna i wolna od hałasu. Nawet wiatr nie uderzał o szyby,przestraszył się mroku i uciekł w inne,nieznane nam zakątki. Tylko szereg latarni oświetlał chodniki i jezdnię,po której kilkakrotnie w dzień przejeżdżał pług. I dochodziły mnie czułe szepty,przerywane lekkim pochrapywaniem czworonoga,drzemiącego tuż obok,za łóżkiem.Przytuliłam cię i pocałowałam w policzek, po czym znów zasnęłam,a gdy się obudziłam niebo przybrało kolor zgaszonego popiołu. Zanosiło się na deszcz. Siedziałeś z tatą w swoim pokoju i czekając aż wstanę,prowadziłeś ciekawe rozmowy. Zawsze lubiłam ich słuchać. Nieustannie dopytywałeś- "a czemu" i nie zadowalała cię żadna, nawet bardzo wyczerpująca odpowiedź. Poszliśmy do kuchni. Obiecałam,że dziś zrobimy twoje ulubione,jagodowe muffinki,a ty nie mogłeś się już doczekać. Pomogłam ci zawiązać z tyłu twój nowy świąteczny fartuch z bałwankiem,wyciągnęłam silikonowe foremki i odmierzyłam składniki,które ty wsypałeś do dużej miski i zacząłeś energicznie mieszać. Gdy już masa znajdowała się wewnątrz naszych kolorowych gwiazdek, ozdobiłeś je jagodami. To twoja ulubiona czynność,której zawsze towarzyszy duże skupienie. Uwielbiam przebywać z tobą w kuchni i oddawać się pieczeniu. Ty również. Choć słodki smak nie jest twoim ulubionym,połowa muffinek ląduje w twoim brzuchu,a ty uśmiechasz się szeroko. I myślę sobie,że twoje roześmiane oczy są najlepszym lekarstwem na niepogodę.
poniedziałek, 12 stycznia 2015
niedziela, 4 stycznia 2015
Nad ranem
Nocą,słyszę jak otwierają i zamykają się drzwi od drugiego pokoju. Pokoju synka. Dochodzą mnie odgłosy bosych stópek biegnących po płytkach w przedpokoju. Jest. Stoi przez chwilę w progu, ubrany w jednoczęściową piżamkę z ciepłego polaru w kolorze żółto-niebieskim, tworzącą osobliwy strój strażaka Sama. W ręku,nawet po ciemku widać zarys dwóch trzymanych autek. Teraz pośpiesznie przymyka drzwi,by zaraz wślizgnąć się do naszego łóżka. Lokuje się w samym środku. Dwa modele samochodów kładzie przy sobie po prawej stronie. Zamienia ze mną kilka słów i zamyka powieki,chcąc zapaść w błogi sen, układając się przy tym jak żabka,co zwykł robić już w czasach niemowlęctwa. Kręci się przy tym, to w przód,to w tył. Po chwili obraca się na plecy,przekładając nogi w jedną,potem drugą stronę,tak,że co rusz lądują na mojej głowie. Autka zgrzytają pod naporem uderzeń,mimo to koniecznie muszą dzielić z nami powierzchnię łóżka. A jakże! Wreszcie twardy sen przenosi nas w inny wymiar,płynnych wizji i marzeń,a śnieg w tym czasie zupełnie nieoczekiwanie zasypuje ulice naszego miasta białą masą przypominającą ubitą pianę,dodawaną do ciasta.
Wczesnym rankiem mały chłopczyk otwiera zaspane oczka,rozgląda się dookoła,zerkając ukradkiem na małą szczelinę okna niepokrytą żaluzjami. Dostrzega w niej szary kolor nieba. To sygnał,że jest już dzień. W mig jest gotowy stawić czoło nowym przygodom,czekającym dziś na niego. Zdecydowanie jest rannym ptaszkiem,zupełnie jak jego tata. Uśmiecha się czule,całuję na dzień dobry i szybko znika razem ze swoimi czterokołowymi zabawkami w swoim królestwie. Kochany mój!
wtorek, 30 grudnia 2014
-10
W końcu spadł śnieg. Jest biało,mroźno i klimatycznie. Urocza aura! W sam raz na wypady na sanki, kubek gorącej smakowej herbaty w domowym zaciszu czy długie wieczory spędzone nad ulubionymi grami planszowymi. I choć nie kocham zimy tak jak wiosny,to nadal lubię wpatrywać się w te cudowne,błyszczące płatki śniegu spadające z nieba. Jest w tym coś magicznego. Spacerujemy więc codziennie pośród białego puchu, zostawiając widoczne ślady na krętych ścieżkach. Obserwujemy ptaki,które nerwowo krążą nad miastem i wygłodniałe kaczki dryfujące na tafli zimnej
wody. Wieczorami za to, w naszym ciepłym i przytulnym mieszkanku,pełnym świątecznych kolorowych ozdób,blasku świec i parujących kubków,tak dobrze nam razem. Wiem zatem,że z moimi ukochanymi mężczyznami ta zima mi nie straszna!
piątek, 26 grudnia 2014
Świąteczny Kraków
Świąteczne popołudnie,spędzone na Krakowskim rynku zawsze jest podobne. Nieśpieszne,kolorowe, pełne smaków i wnoszących się do nieba zapachów wigilijnych potraw,aż wreszcie pełne ludzi, którzy tłumnie, całymi rodzinami spacerują,rozmawiają lub śmieją się. Czuć tu świąteczny nastrój. Dostrzegam go w twarzach przechodniów,wypoczętych, odświętnych i wyciszonych. Nikt tu się nigdzie nie spieszy. Zajadam więc na świeżym powietrzu ulubione domowe pierogi, piję herbatkę,która w chłodny dzień tak dobrze się sprawdza i cieszę się tą rodzinną atmosferą. Godziny szybko nam uciekają,gdy spacerujemy aż do zmroku w blasku ciepłych bożonarodzeniowych ozdób. Wszyscy lubimy takie dni. Wesołych świąt!
niedziela, 14 grudnia 2014
Zmagania
Te grudniowe,bezśnieżne dni,ostatnio mało gnuśne i wietrzne niosą ze sobą nutę dezorientacji i zagubienia. Wyczerpały nas długie minuty i godziny spędzone nad łóżkiem synka w nadziei na zmianę. Za oknem groźny wiatr napawał wszystkich lękiem,na zegarze wybijała godzina zero,a my karkołomnie,dzień po dniu zwalczaliśmy wirusa,który doprowadzał naprzemiennie nasze ciała jednym razem do wrzenia,drugim natomiast do zimnych dreszczy. Spętana bólem i gorączką dochodzącą niemalże do 40 stopni,zaniemogłam,stając się tym samym biernym obserwatorem wydarzeń. Przez kilka dni poranki tak szybko zmieniały się w popołudnia,a popołudnia w noc,aż przychodził następny dzień i zaczynał całą tą wyliczankę od początku. Liczby na tarczy zegara,litery z mozołem czytanej w tym okresie książki czy słowa w muzyce zlewały się w jedno. Były mętne jak kałuża po brudnym deszczu. Moje ciało w końcu osiągnęło homeostazę. Nastała dla nas wszystkich chwila oddechu,refleksji nad jutrem. Znów mam wrażenie jakby czas się kurczył, zawęził swoją miarę i cicho drwił z nas. Gdzieś na swojej granicy zamazuje historie ludzi. Czasem niesie im ukojenie,czasem ból. Patrzymy na to nie będąc obojętni,a nasze oczy są pełne wiary. Bez niej przecież nic nie miałoby sensu.
wtorek, 25 listopada 2014
Listopad
Myślę dziś o tych ostatnich kilku miesiącach,które gdzieś uciekły,schowały się, przykryte kołdrą składającą się z kolejnych kartek w kalendarzu,by udawać,że ich już nic nie dotyczy. Może to i racja,choć ja jeszcze koegzystuje z tym okresem,kiedy to aura wydawała się być cieplejsza, znośniejsza,zachęcająca do wszelakich aktywności. Potem przyszła jesień, która przyniosła ze sobą senne dni,a po niej zupełnie nieadekwatnie, nastały długie, ciągnące się w nieskończoność bezsenne noce. W mig zmiotły cały mój zapał i chęci do sportu, czy ruchu w ogóle. Przeziębiona i niewyspana, walcząca z nieustannym katarem u synka, nie należałam do entuzjastów tej zimnej i chłodnej pory roku. Na szczęście już się z nią pogodziłam,a i ona pozwoliła mi odetchnąć i spać spokojnie. Czasami tak niewiele potrzeba do szczęścia. Mnie wystarczy dobry sen,poranna świeża kawa,zmielona w młynku przez mojego synka i jego uśmiech,gdy mówi "poszę baldzo mamo". Odliczam już tygodnie dzielące nas od świąt. Zawsze ulegam tym nastrojom,emocjom,dotyka mnie ten cały rozgardiasz związany z okresem Bożego Narodzenia. Wyczekuję tych magicznych momentów. Mój synek także. Wkrótce napiszemy list do świętego mikołaja. Grudzień na pewno będzie ciekawy. I może już niedługo na długie spacery przydadzą się sanki,no bo co to będzie za zima bez śniegu!
Tymczasem,w wolnych chwilach odwiedzamy miejsca,które jeszcze niedawno cieszyły się dużą popularnością.
poniedziałek, 27 października 2014
Senność
Choruję na jesień, zupełnie jak
pacjent obłożnie chory, który nie ma siły wstać z łóżka. W moim ciele
stwierdzam podwyższone dawki melatoniny,uniemożliwiające mi normalne
funkcjonowanie. Nawet duże ilości kofeiny nic tu nie poradzą. Nie ufam pogodzie,a
te ciężkie, szare chmury, przez które nie mogę dostrzec światła, ciągle
podejrzewam o deszcz. Wiem, że jest to zapowiedź czegoś nieuniknionego. Rozpaczliwie
potrzebuję ciepła, zamiast niego październikowy chłód wwierca się w moje ciało,
siejąc niepokój i marazm. Zimny wiatr porankiem bezlitośnie smaga
policzki, aż chciałoby się uciec, choć nie wiadomo nawet dokąd. Już się nie łudzę,
nie bujam w obłokach. Nie pozostaję mi nic innego, jak wyjść z tej skorupy
i stawić czoło tej oziębłej aurze.
| Ostatnie ciepłe dni spędzone nad Wisłą. |
Subskrybuj:
Posty (Atom)




